Dzien 1.Wyruszamy na wyprawe dzipem przez gory i pustynie wokol
Tupizy i
Uyuni.

Cztery dni jak sardynki w terenowej Toyocie ale z kierowca i kucharka. Konstrukcja drogi to glownie slady na pustyni, kamieniach i blocku tych co jechali przed nami. Pierwszego dnia przejezdzamy przez
Silar - pieknej przeleczy z niesamowitymi wyerodowanymi skalami, potem obok
San Vincente - tam gdzie zgineli
Butch Cassidy i Sundance the Kid i nocujemy w malej wiosce
San Antonio de Lipez. Na horyzoncie wielkie osniezone gorzyska. Ludzie w wioskach bardzo przyjazni. Lamy, lamy i jeszcze raz lamy. Na jedna lame przypada 3 boliwijczykow. Lamy sa wszedzie, takze w naszych brzuchach.

El Silar
Dzien 2.
Wspinamy sie na 4850 m, wokol pelno sniegu. Mijamy Pueblo Fantasma - duze, opuszczone przez ludzi miasto. Witaja nas aktualni gospodarze - male, kroliko-swistaki - bizcacha.
Po drodze Toyota zakopuje sie w blocie i musimy ja wyciagac z pomoca innych ekip. Przygod samochodowych bedzie wiecej. Pojazdy co pewien czas staja i robia sobie odpoczynek. Czasami peka cos w ukladzie jezdnym, czasami wysiada akumulator a czasami po prostu brakuje paliwa i musimy dolewac z wielkiej beczki ktora wieziemy na dachu.

Krajobraz zmienia sie - ze snieznej zimy o poranku wjezdzamy na suchy plaskowyz z zielonymi kanionami pelnymi pieknych strumieni.

Po poludniu, krajobraz robi sie niesamowicie pustynny i... dojezdzamy do laguny na ktorej zyja flamingi. Co za niespodzianka.
Prawdziwa kraina pustynnych lagun. W niektorych pienia sie jakies substancje, z ktorych wyrabia sie mydlo. W innych - borax. Kolory: Laguna Blanca, Laguna Verde, Laguna Celeste .... 
Na wysokosci 4500 sa tez Aguas Caillentes: maly basen z ciepla woda. Jest przenikliwe zimno i wieje wiatr ale kapiel jest wysmienita. Zdjecie satelitarne Laguna Verde - tak to wyglada z kosmosu: okoliczne wulkany oraz jak dobrze poszukasz, basen z termalna woda.
Wiemy juz ze Salvador Dali popelnil plagiat - piaszyste lachy pokryte surrealnymi skalnymi rzezbami to pejzaze Boliwii!
Wszystko to w otoczeniu stozkow wulkanicznych pokrytych bialymi czapami sniegu. Na deser gejzer z bulgocacym blockiem.
O zmroku dojezdzamy do noclegu przy Laguna Colorada. Co za dzien!
Dzien 3.
Ranek zastaje nas na brzegu Laguna Colorada. A my zastajemy wielka kolonie flamignos.
Jest cicho i pieknie. Flamingi zyja sobie tu spokojnie i spedzaja dni na wyszukiwaniu planktonu. Przy brzegach gory boraxu.


Jedziemy dalej. Po kilku kilometrach przejezdzamy przez rumowisko skalne gdzie znajduje sie
Arbol de Piedra - skalny borowik wielkosci pietrowego domu.

Po kilku godzinach jazdy docieramy do drogi ktora laczy
San Pedro de Atacama i
Uyuni. Droga jest bita - zeby nie bylo ze asfaltowa (od czasu kiedy wyjechalismy z Argentyny nie powachalismy asfaltu). Teraz podroz przebiega szybciej ale do czasu i znowu trzeba objezdzac po bezdrozach jakis niedokonczony badz urwany fragment naszej "autostrady". Wieczorem dojezdzamy do Uyuni. Niestety byla to jedyna opcja, w na Salar jest duzo wody i nie mozna bylo wjechac od poludnia.
Dzien 4.
Jedziemy bladym switem na
Salar de Uyuni- zeby zdarzyc na wschod slonca. Udalo sie. Co za widok!

Chyba wystrzelilo nas w kosmos. Wielka, solna pustynia, pokryta gdzieniegdzie cienkim lustrem wody. I male, usypane z soli piramidy.


Przejezdzamy przez wode, obok pracujach ludzi i jedziemy kilka kilometrow wglab, do rezydencji
Playa Blanca. To jest maly domek, z hotelikiem - caly z soli.

Jemy sniadanie i ruszamy w droge powrotna przez
Colchani. To wymarle, miasto-widmo jest schronieniem dla ostatnich niedobitkow rodzin robotnikow solnych. Ruiny, sol, stara babcia na ulicy po ktorej hula slony wiatr, gromada swin pasaca sie na zawalonym podworku, kilku robotonikow w maskach ladujacych sol na ciezarowe. Oraz male muzeum i sklepik spozywczy.

A przez srodek - trasa kolejowa, ktora wiedzie w inne apokaliptyczne miejsce, niedaleko stad -
Cementario de Treno - cmentarzysko pociagow. Wielkie, stare, smutne parowozy rdzewieja na obrzezach Uyuni. W Polsce zlomiarze mieliby niezla gratke, ale tutaj nikt sie nimi nie interesuje. Cmentarz ciagnie sie przez kilometr, dwa.

Dla nas to miejsce ostatniego, pysznego posilku przygotowanego przez
Marine. Wracamy do miasteczka Uyuni i zaczynamy walke o wieczorne bilety do La Paz....